Wenezuela: Seminarzyści niosą pomoc ofiarom trzęsienia ziemi

„To, że ludzie nas przytulają i szukają u nas pocieszenia, pokazuje, że misją Kościoła jest być blisko człowieka” – mówi Germán Jiménez, kleryk z diecezji Petare w Wenezueli.

Germán Jiménez przygotowuje się do święceń kapłańskich i kończy ostatni etap formacji w seminarium. Gdy 24 czerwca Wenezuelę nawiedziły dwa silne trzęsienia ziemi, które według najnowszych oficjalnych danych pochłonęły ponad 4400 ofiar śmiertelnych, bez wahania włączył się w pomoc poszkodowanym. Razem z innymi seminarzystami ruszył do regionu La Guaira, najbardziej dotkniętego katastrofą, aby nieść wsparcie materialne i duchowe tysiącom ludzi.

Jak podkreśla, doświadczenia ostatnich tygodni na zawsze pozostaną w pamięci przyszłych kapłanów.

Teologia sprawdzana w praktyce

„Przeżywaliśmy trzęsienie ziemi z ogromnym lękiem i niepewnością” – wspomina Germán w rozmowie z organizacją Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN). W chwili wstrząsów uczył się w swoim pokoju w seminarium św. Rity w Caracas. Alarm w telefonie i odgłosy paniki na korytarzu sprawiły, że wszyscy natychmiast wybiegli z budynku.

Kilka godzin później klerycy zobaczyli skalę zniszczeń – zawalone kościoły, budynki publiczne i domy w Caracas oraz La Guaira. Od razu zgłosili się do pomocy w parafiach i Caritas, wspierając ludzi, którzy stracili dach nad głową lub rozpaczliwie szukali swoich bliskich pod gruzami.

„Byłem w La Guaira już trzykrotnie. Spotykałem osoby, które wciąż mają nadzieję odnaleźć swoich bliskich żywych, ale także takie, które czekają już tylko na odnalezienie ich ciał” – opowiada.

Najważniejsza jest obecność

Razem z kolegami z seminarium Germán rozdawał żywność, materace, odzież i lekarstwa. Jak podkreśla, najważniejsze było jednak coś więcej niż pomoc materialna.

„Chcieliśmy, aby ludzie poczuli, że Kościół jest z nimi. Czasem wystarczy wysłuchać, przytulić, uśmiechnąć się” – mówi.

Dodaje, że choć alumni nie są jeszcze kapłanami, mieszkańcy postrzegają ich jako przedstawicieli Kościoła i samego Chrystusa.

„To, że ludzie nas obejmują i szukają u nas pocieszenia, przypomina nam, że Kościół powinien być obecny bez rozgłosu i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Naszą misją nie jest przede wszystkim działanie, ale obecność. Bycie pośród ludzi i uobecnianie tam Kościoła” – podkreśla.

wenezuela seminarzyści

Nadzieja rodzi się z solidarności

W obliczu ogromnego cierpienia Germán odnajduje siłę w Ewangelii, szczególnie we fragmencie o uciszeniu burzy na jeziorze.

„Jezus pyta uczniów: «Dlaczego się boicie?». On jest z nami pośród tej burzy” – mówi.

Katastrofa pokazała mu również coś ważnego o jego ojczyźnie.

„Ta tragedia uświadomiła nam, że wszyscy Wenezuelczycy tworzymy jedną rodzinę. Pierwsi z pomocą ruszyli sąsiedzi i zwykli ludzie. Ta spontaniczna solidarność daje nadzieję naszemu krajowi” – zaznacza.

Świadectwo Germána odzwierciedla postawę wielu seminarzystów, którzy aktywnie uczestniczą w pomocy poszkodowanym. Opiekując się ofiarami katastrofy oraz niosąc im nadzieję i wsparcie, sami zdobywają doświadczenie, które będzie kształtować ich przyszłą posługę kapłańską.

12 lipca arcybiskup Caracas, abp Raúl Biord, odprawił Mszę św. posłania dla alumnów, którzy po zakończeniu roku akademickiego zostali skierowani do rejonów dotkniętych trzęsieniem ziemi, aby odbyć praktykę duszpasterską wśród poszkodowanych.

„To będzie trudna praca, ale stanowi istotę «żywej teologii». Formacja akademicka jest ważna, jednak równie ważne jest bezpośrednie spotkanie z cierpieniem i codziennością ludzi. To właśnie ono przygotowuje przyszłych kapłanów do służby najbardziej potrzebującym” – podkreślił metropolita.

Na zakończenie Germán zwrócił się z prośbą do dobroczyńców PKWP:

„Proszę Boga o miłosierdzie dla naszego narodu w tym trudnym czasie. Wenezuela od lat doświadcza wielu cierpień, dlatego dziś szczególnie modlę się o pokój, spokój i o to, by Boża obecność towarzyszyła nam we wszystkim, przez co przechodzimy.”

PKWP przeznaczyła już 100 tys. euro na pomoc dla diecezji La Guaira i Caracas. Środki zostaną wykorzystane na najpilniejsze potrzeby ofiar oraz wsparcie kapłanów i seminarzystów, którzy towarzyszą poszkodowanym. W tym tygodniu delegacja organizacji odwiedziła regiony dotknięte trzęsieniem ziemi, aby okazać solidarność z mieszkańcami i ocenić kolejne możliwości niesienia pomocy.

wenezuela seminarzyści

Wenezuela jest pogrążona w żałobie

Wenezuela w żałobie. Ból obecny jest niemal wszędzie, a dla wielu ludzi jedynym źródłem nadziei pozostaje Kościół.

Nasze uczucia są bardzo trudne do opisania. Jesteśmy tutaj, by towarzyszyć, wspierać i pocieszać tych, którzy stracili bliskich, ale także tych, którzy utracili pracę. Każdego ranka prosimy Boga o siłę, by służyć naszym wspólnotom. Jednak gdy zapada noc, serce się łamie, a ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, z oczu płyną łzy – mówi ks. Daniel Acosta, proboszcz parafii w Tarmas, w rozmowie z delegacją organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN), która odwiedziła diecezję La Guaira – jeden z regionów najbardziej dotkniętych trzęsieniami ziemi z 24 czerwca.

Słowa kapłana oddają doświadczenie wielu księży, osób konsekrowanych i biskupów. Dopiero wieczorem, gdy zapada cisza, wracają obrazy tragedii, która niemal doszczętnie zniszczyła diecezję. Ks. Daniel sam stracił dom, ale przyznaje, że najbardziej boli utrata przyjaciół.

„Tak wielu ludzi odeszło. Tak wiele przyjaźni zakończyło się nagle. Najbardziej boli świadomość, że ktoś, kogo znało się całe życie, zniknął bezpowrotnie” – mówi. Z każdym kolejnym dniem skala katastrofy staje się coraz bardziej widoczna.

Słowa nie wystarczają – pozostaje tylko uścisk

Msze święte są dziś odprawiane m.in. w budowanym jeszcze kościele Matki Bożej z Candelarii w Caraballeda. Świątynia nie ma jeszcze ścian ani dachu, a mimo to codziennie przychodzi tam pięć razy więcej wiernych niż przed katastrofą. Szukają modlitwy, pocieszenia i nadziei.

Przy wejściu do kościoła wisi tablica z trzema listami: zmarłych, zaginionych i uratowanych.

Obok ołtarza ustawiono trzynaście drewnianych urn z prochami osób wydobytych spod gruzów w ostatnich dniach. Rodziny przyniosły je na nabożeństwo żałobne.

W jednej urnie spoczywa żona Daniela, w innej siostra bliźniaczka Glorii. W kolejnych – rodzice i siostry młodej dziewczyny. Cała jej rodzina zginęła. Biskup Pablo Modesto ze wzruszeniem wskazuje urnę z prochami ministrantki, która jeszcze kilka dni przed trzęsieniem ziemi niosła jego pastorał podczas uroczystości św. Jana. Czy można znaleźć słowa wobec takiego cierpienia?

Najczęściej spotykanym gestem stał się dziś uścisk. Ludzie obejmują się nawzajem, bo słowa przestają wystarczać. Po jednej z Mszy św. arcybiskup Caracas Raúl Biord, wcześniej biskup La Guaira, długo obejmuje Daniela, którego zna od dzieciństwa. Kapłan przez kilka minut po prostu pozwala się przytulać, szukając choć odrobiny ukojenia. Uścisk nie usuwa bólu, ale pomaga go unieść. Wielu mieszkańców nie miało nawet możliwości pożegnania swoich bliskich.

Żałoba, która dotknęła całe wspólnoty

Przedstawiciele PKWP usłyszeli historię młodej kobiety, do której zadzwonili rodzice dwóch zaginionych sióstr. Sami trafili do szpitala po trzęsieniu ziemi i poprosili ją, aby sprawdziła kostnicę. Dziewczyna musiała przejść między dwustoma ciałami. Odnalazła obie siostry oraz ich przyjaciółkę.

„Serce po prostu pęka” – mówią świadkowie.

Ks. Laudence Betancourt opowiada z kolei o dziesięciu dniach spędzonych przy ruinach budynku, spod których ratownicy próbowali wydobyć dwoje dzieci z jednej z rodzin parafialnych. Z czasem wszyscy wiedzieli już, że nie żyją, ale rodzice prosili, aby kapłan był obecny i pomodlił się nad ich ciałami.

Ostatniego dnia czekał tam dwanaście godzin, do drugiej w nocy, kiedy wydobyto ciała 23-letniej córki i 16-letniego syna. Cztery godziny później został wezwany do kolejnego budynku, by modlić się nad następną ofiarą.

Szczególnie dotknięta została parafia św. Oscara Arnulfo Romero w Ciudad Chávez.

„Była to młoda parafia, a dziś praktycznie przestała istnieć. Zginęło około 80 procent naszych wiernych. Straciliśmy całe rodziny – dziadków, rodziców, dzieci i wnuki. Z chóru ocalały tylko cztery osoby. Zginęło także czworo moich ministrantów. To było piekło” – mówi proboszcz, ks. Alfredo Bustamante.

Ciudad Chávez liczyło około 22,5 tys. mieszkańców. Dokładna liczba ofiar nadal nie jest znana, ale praktycznie wszyscy stracili swoje domy. Niektóre budynki zawaliły się całkowicie, inne zostały zdeformowane lub spłonęły. Miasto przypomina teren działań wojennych.

Katastrofa zniszczyła również podstawy lokalnej gospodarki. La Guaira utrzymywała się głównie z turystyki, portu i lotniska. Wszystko zostało zniszczone. Ocalało jedynie sanktuarium św. Gregoria Hernándeza – wenezuelskiego lekarza, który poświęcił życie ubogim. Jego figura, stojąca wcześniej na kilkumetrowym cokole, po zawaleniu się konstrukcji upadła w pozycji stojącej.

„Ale jeśli spojrzy się w jego oczy, widać smutek” – mówi ks. Alfredo.

Wenezuela w żałobie

Wiara silniejsza od tragedii

Pośród tragedii pojawiają się jednak także historie ocalenia.

Podczas homilii w kościele Matki Bożej z Candelarii biskup Pablo Modesto mówi o cudzie życia. Sam był przekonany, że nie przeżyje pierwszego wstrząsu. Schronił się pod futryną drzwi, a chwilę później usłyszał potężny huk zawalających się pięciu budynków stojących obok seminarium.

Z wielkim trudem wydostał się na zewnątrz. Część murów runęła, ale żaden z szesnastu seminarzystów nie odniósł poważnych obrażeń. Wspólnie wynieśli z budynku dwie osoby potrzebujące pomocy.

Trudno zrozumieć, dlaczego jedni przeżyli, a inni nie. To pytanie trzeba zachować w sercu, tak jak Maryja. Jeśli Bóg podarował nam życie, uczynił to po to, byśmy służyli innym. Nie chodzi o pytanie: „Dlaczego żyję?”, ale: „Po co żyję?” – podkreśla biskup.

Wielu wolontariuszy, pracowników Caritas i osób pomagających w parafiach również straciło swoich bliskich, domy i źródła utrzymania. Mimo to witają przedstawicieli PKWP z wdzięcznością i uśmiechem. Dzielą się tym, co sami jeszcze mają.

To właśnie ta wiara, wytrwała, pokorna i pełna wdzięczności mimo cierpienia, staje się dziś jednym z najpiękniejszych świadectw Kościoła w diecezji La Guaira i darem dla całego Kościoła powszechnego.

Po trzęsieniu ziemi zostały z cierpiącymi. Świadectwo sióstr z Wenezueli

Przełożona Generalna Zgromadzenia Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza (PDDM), która miała wrócić do Rzymu, opowiada o niezwykłej wierze mieszkańców Wenezueli i solidarności, jaka zrodziła się po katastrofie.

Podwójne trzęsienie ziemi, które 24 czerwca nawiedziło Wenezuelę, pochłonęło ponad 3 tys. ofiar i dotknęło tysiące rodzin. W odpowiedzi na tragedię Kościół w całym kraju natychmiast zaangażował się w pomoc poszkodowanym. Ośrodki Caritas oraz liczne parafie stały się centrami pomocy, wspieranymi przez rzesze wolontariuszy.

Przełożona Generalna Zgromadzenia Sióstr Uczennic Boskiego Mistrza, s. Bernardita Meraz, oraz radna generalna zgromadzenia zakończyły właśnie wizytę we wspólnocie w Wenezueli, gdy doszło do katastrofy. Miały wrócić do Rzymu 25 czerwca, jednak zdecydowały się pozostać na miejscu, aby towarzyszyć zarówno siostrom zakonnym, jak i mieszkańcom kraju.

„Modlimy się tutaj jako Rodzina Świętego Pawła, jako Kościół” – powiedziała s. Bernardita Meraz w rozmowie z organizacją Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN). Jak podkreśla, pośród tragedii kapłani „mówią prosto z serca, błagając Boga za naród wenezuelski”, a całe rodziny modlą się na ulicach, obok zawalonych budynków.

„Z Bogiem pójdziemy naprzód”

Siostra Bernardita podkreśla, że mieszkańcy nie buntują się przeciwko Bogu.

Nie narzekają na Boga. Mówią raczej: „Z Bogiem pójdziemy naprzód. Bóg nam pomaga, Matka Boża nam pomaga i pomaga nam solidarność Kościoła” – relacjonuje.

W chwili trzęsienia ziemi siostry przebywały w Barquisimeto, około 95 kilometrów od epicentrum. Także tam mieszkańcy przeżyli chwile ogromnego strachu. Wkrótce potem zakonnice udały się do bardziej zniszczonych miejsc, m.in. do San Bernardino na zachodzie Caracas. Jak podkreślają, ich misją było przede wszystkim słuchanie ludzi, wspólna modlitwa, przytulenie cierpiących i niesienie nadziei.

Razem z radną generalną s. Lucíą Filosą oraz wenezuelską zakonnicą s. Sorayą Herrerą przekazywały ratownikom i poszkodowanym żywność, odzież oraz medaliki Matki Bożej Divina Pastora, której sanktuarium znajduje się w Barquisimeto. Głęboko poruszyła je wiara i solidarność mieszkańców.

Pytaliśmy ludzi: „Czy chcielibyście medalik Matki Bożej Divina Pastora?”. Odpowiadali: „Och, Matka Boża przyszła do mnie!”. Brali go do rąk, całowali i prosili, aby od razu założyć im go na szyję lub na nadgarstek – wspomina siostra.

„Wenezuela jest moją rodziną”

W San Bernardino siostry odwiedziły ratowników pracujących przy ośmiopiętrowym budynku Rita, spod którego wydobyto już kilka ciał. Wciąż trwały tam poszukiwania dzieci, które według świadków kąpały się w chwili katastrofy.

„Niektórzy ratownicy sami stracili wszystko, a mimo to niosą pomoc ludziom uwięzionym pod gruzami” – mówi s. Bernardita. „Spotkałam młodego człowieka i zapytałam: „Czy twoja rodzina jest tutaj?”. Odpowiedział: „Wszyscy są moją rodziną. Wenezuela jest moją rodziną”.

Zakonnice odwiedzały także rodziny mieszkające w prowizorycznych namiotach ustawionych między rzędami materacy. Wielu mieszkańców śpi na chodnikach po ewakuacji z budynków, do których nie mogą już bezpiecznie wrócić.

„Zatrzymywałyśmy się, aby z nimi porozmawiać, dodać otuchy, dotknąć ich dłoni i udzielić błogosławieństwa” – opowiada siostra.

Jak dodaje, Wenezuelczycy bardzo często sami proszą o błogosławieństwo.

„Mówią: „Pobłogosławi mnie siostra? Proszę o błogosławieństwo”. Gdy spotykałam ratowników, brałam ich dłonie i mówiłam: „Twoja ręka jest ręką Boga. To przez ciebie Bóg niesie pomoc”. Jedni płakali, inni pochylali głowy. Ta cisza stawała się modlitwą i doświadczeniem pełnej miłości obecności Boga” – wspomina ze wzruszeniem.

Mieszkańcy dziękują siostrom za ich obecność i proszą przede wszystkim o modlitwę za swój kraj. „Naród wenezuelski bardzo wycierpiał, ale jest narodem nadziei i wiary” – podkreśla s. Bernardita.

Kościół pozostaje z poszkodowanymi

Świadectwo sióstr Uczennic Boskiego Mistrza pokazuje rolę, jaką Kościół odgrywa dziś w Wenezueli. Oprócz pomocy materialnej zapewnia schronienie, modlitwę oraz wsparcie duszpasterskie dla osób dotkniętych tragedią.

Aby wesprzeć te działania, organizacja Pomoc Kościołowi w Potrzebie przeznaczyła 100 tys. euro na najpilniejsze potrzeby archidiecezji Caracas oraz diecezji La Guaira. Środki mają wesprzeć kapłanów i siostry zakonne, którzy mimo że sami ponieśli dotkliwe straty, nadal opiekują się poszkodowanymi, przyjmują rodziny zmuszone do opuszczenia domów i niosą duchowe wsparcie lokalnym wspólnotom.

W najbliższych dniach do Wenezueli uda się także delegacja PKWP. Jej celem będzie okazanie solidarności z ofiarami katastrofy oraz ocena kolejnych możliwości udzielenia pomocy na miejscu.

Katechiści podtrzymują wiarę wśród ofiar terroryzmu w Mozambiku

Niektóre parafie w północnym Mozambiku obejmują setki wspólnot, do których księża i osoby konsekrowane nie są w stanie dotrzeć. To właśnie katechiści często znajdują się na pierwszej linii Kościoła w najtrudniejszych regionach i okolicznościach.

Około 300 rodzin żyje w ciężkich warunkach w obozie przesiedleńczym Ntele w prowincji Cabo Delgado w Mozambiku. Trafili tam, uciekając przed przemocą, która od ponad ośmiu lat nęka część regionu dotkniętego dżihadystyczną rebelią. W rezultacie ludzie ci noszą w sobie głęboką traumę doświadczenia brutalnych ataków oraz utraty bliskich, przyjaciół i krewnych.

Wielu z nich to chrześcijanie, jednak z powodu przeciążenia duchowieństwa w diecezji ich wiara podtrzymywana jest dzięki pracy katechistów, takich jak 29-letni Adérito Monteiro.

katechiści w mozambiku

Tam, gdzie nie docierają kapłani

To ludzie, którzy widzieli, jak ich synowie, matki, mężowie i krewni byli ścinani, a inni porywani przez grupy dżihadystyczne. Zostali zmuszeni do porzucenia wszystkiego: domów, pól uprawnych i całego dobytku, a następnie przesiedleni tutaj – mówi Adérito Monteiro w rozmowie z PKWP.

Pośród prowizorycznych domów i szałasów w Ntele wyróżnia się kaplica św. Antoniego. Zbudowana z naturalnych i odzyskanych materiałów, w tym ze starych worków USAID, chroniących przed deszczem i słońcem. Jest większa od okolicznych zabudowań. Nad nią góruje duży krzyż złożony z dwóch gałęzi.

„To właśnie tutaj katechiści spotykają się, by planować swoją posługę. Jedni nauczają podstaw wiary, inni przygotowują grupy do chrztu lub bierzmowania, lecz wszystkich łączy ten sam cel” – podkreśla Adérito Monteiro: „Pośród horroru i traumy staramy się na nowo rozpalić płomień nadziei, że Chrystus żyje i że Chrystus jest z nami.”

Braki, które nie gaszą wiary

Rodzinom w obozie Ntele brakuje niemal wszystkiego. Przede wszystkim zmagają się z brakiem żywności, wody i opieki medycznej, a ponadto niedostatki dotyczą także materiałów katechetycznych.

Nie mamy wystarczającej liczby podręczników dla katechistów, więc z jednej książki korzysta dwóch lub trzech z nas. Jeden używa jej rano, drugi po południu. To tylko jedna z wielu trudności, z jakimi się mierzymy – wyjaśnia.

Kolejnym problemem jest niedobór kapłanów, co oznacza jeszcze większe obciążenie dla katechistów.

Nasza parafia składa się z 17 rejonów, a każdy z nich może obejmować ponad pięć wspólnot. Jedna parafia ma więc wiele wspólnot, a czasem tylko dwóch księży, którzy nie są w stanie dotrzeć wszędzie. Wtedy wkraczamy my, idziemy tam, gdzie oni nie mogą dotrzeć – mówi Adérito Monteiro.

Pośród ogromu cierpienia, traumy i przemocy hojność oraz zaangażowanie katechistów stają się znakami nadziei i bliskości. Dlatego w imieniu swoim oraz wszystkich współpracowników Adérito Monteiro kieruje słowa do dobroczyńców PKWP:

Dziękujemy wszystkim, którzy robią, co mogą, aby wspierać nas w pomocy naszym wspólnotom i wiernym w Cabo Delgado. Prosimy, abyście nadal modlili się za nas, za misję katechistów. Módlcie się o pokój w Cabo Delgado i o pokój w całym Mozambiku.

Nigeria: Katechista wybacza napastnikowi

Pomimo wielu ataków, w tym jednej próby zabójstwa, katechista Yahaya i jego rodzina zdecydowali się pozostać w Sokoto, aby kontynuować swoją posługę na rzecz Kościoła.

19 kwietnia 2023 r., około godziny 3 nad ranem, trzech uzbrojonych mężczyzn sforsowało ogrodzenie posesji Tobiasa Yahayi, położonej w pobliżu katedry Świętej Rodziny w Sokoto, w północno-zachodniej Nigerii. Dwudziestosześcioletni katechista obudził się, słysząc intruzów.

„W takiej chwili człowiek myśli o wielu rzeczach, bo gdyby weszli do środka i zastali mnie z żoną oraz czwórką dzieci, tylko Bóg wie, co mogłoby się stać” – mówi w rozmowie z organizacją Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN). „Zdecydowałem się wyjść na zewnątrz”.

Przywódca napastników, Ibrahim, ugodził go nożem w klatkę piersiową.

„Upadłem na ziemię i zacząłem krwawić” – wspomina Yahaya. „Pozostali dwaj uciekli, myśląc, że wykonali zadanie”.

Ibrahim jednak został i próbował dźgnąć go ponownie, gdy katechista próbował wstać. „Tym razem chwyciłem nóż” – opowiada – „ale on go wykręcił, poważnie raniąc mi dłonie. Musiałem puścić, jednak zdołałem go objąć, żeby nie mógł ponownie użyć broni”.

W tym czasie żona Yahayi zaczęła krzyczeć, alarmując sąsiadów, którym udało się obezwładnić napastnika. Utrata krwi była tak duża, że katechista stracił przytomność. Gdy ją odzyskał po około 24 godzinach, leżał w szpitalnym łóżku tuż obok Ibrahima, który również był leczony z powodu odniesionych obrażeń.

„Zapytałem go: dlaczego chciałeś mnie zabić?” – wspomina Yahaya. „Ibrahim nie potrafił odpowiedzieć. Płakał. Ludzie wokół mnie pytali: ‘Dlaczego z nim rozmawiasz? Skup się na swoim zdrowiu’. A ja po prostu chciałem poznać powód, dla którego chciał odebrać mi życie”.

W końcu dowiedział się, że Ibrahim i jego towarzysze, którzy dotąd nie zostali schwytani, obawiali się wpływu, jaki katechista wywiera na młodzież w okolicy, gdzie 90% mieszkańców to muzułmanie. Nie był to pierwszy raz, kiedy Yahaya spotkał się z wrogością z powodu swojej chrześcijańskiej posługi.

Katechista

Żywe świadectwo

W Nigerii posługa katechisty jest czymś znacznie większym niż tylko prowadzeniem katechezy niedzielnej. Katechiści przechodzą długie szkolenie i są oficjalnie posyłani do pracy duszpasterskiej. Yahaya został posłany dziewięć lat temu przez ówczesnego biskupa diecezji Sokoto, Kevina Aje. Katechiści organizują chrzty, rozdają Komunię świętą i prowadzą nabożeństwa, gdy brakuje kapłanów.

Praca Yahayi przyczynia się do rozwoju Kościoła w Sokoto. „W zeszłą Wielkanoc w naszej parafii zostało bierzmowanych 100 dzieci” – mówi PKWP.

Jednak najważniejsze świadectwo, jakie dał swojej wspólnocie, pojawiło się podczas rozprawy sądowej. Gdy sędzia skazał Ibrahima na rok więzienia, Yahaya zabrał głos.

„Zapytałem muzułmańskiego sędziego: Czy mogę przytulić Ibrahima?” – wspomina. „Na twarzach wszystkich na sali pojawiło się niedowierzanie”.

Sędzia zezwolił. „Przytuliłem go, uścisnąłem mu dłoń i powiedziałem: Przebaczam ci” – opowiada katechista. „On nie potrafił nic powiedzieć, ale widziałem łzy spływające po jego policzkach. Powtórzyłem jeszcze raz: Przebaczam ci”.

Po powrocie do domu rodzina Yahayi stanęła przed pytaniem, co dalej.

„Zastanawialiśmy się: Co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Bo to nie był pierwszy atak” – mówi. „Wciąż pragnę kontynuować moją pracę jako katechista. Żona mnie wspierała, mama mnie wspierała. Były modlitwy, rozmowy z biskupem, księżmi i wieloma innymi osobami”.

„Wśród wszystkich rad najbardziej zapadły mi w pamięć słowa mojej mamy, która nigdy nie chodziła do szkoły: Miejsce, w którym Bóg chce, byśmy byli, może nie być wygodne ani zgodne z naszymi upodobaniami, ale to tam znajdziemy prawdziwe szczęście. Myślę, że miała rację”.

Yahaya kontynuuje swoją posługę, umocniony słowami św. Pawła z Drugiego Listu do Koryntian:

„Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu;
żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy;
prześladowani, ale nie opuszczeni;
powaleni, ale nie zgładzeni.
Nosimy nieustannie w ciele konanie Jezusa,
aby również życie Jezusa objawiło się w naszym ciele.”