21 czerwca PKWP zaprasza wszystkich do modlitwy za ks. Mourada oraz za Syryjczyków

Był bardzo szanowani, nawet przez imamów i szejków. W klasztorze Mar Elias, gdzie mieszkał, dał schronienie ponad 50 rodzinom muzułmańskim z ponad 100 dzieciom.

„Z całego serca dziękujemy dobroczyńcom Pomocy Kościołowi w Potrzebie za solidarność, jaką okazali cierpiącym Syryjczykom i wszystkim ludziom mieszkającym w tym regionie . Błagamy o dalszą modlitwę za nas”.

Był to jeden z ostatnich komunikatów wysyłanych do PKWP przez katolickiego księdza Jacquesa Mourada, który został uprowadzony w Qaryatayn w Syrii w 21 maja br. Papieskie stowarzyszenie PKWP wspierało działania tego kapłana i zakonnika od 2004 roku, a szczególnie od początku syryjskiego kryzysu w 2011 roku.

Teraz – w dniu 21 czerwca, dokładnie miesiąc od dnia, w którym został porwany – PKWP zaprasza wszystkich do modlitwy za ks. Mourada i za wszystkich Syryjczyków. W 21 biurach krajowych PKWP uruchamiamy międzynarodową kampanię, za pośrednictwem mediów i mediów społecznościowych,: # PrayingForFatherMourad.

Wspólnota monastyczna w Deir Mar Musa założona w Syrii, na północ od Damaszku, przez włoskiego księdza Paolo Dall’Oglio, powitała tę inicjatywę PKWP z radością. „Wasze modlitwy są bardzo ważne nie tylko dla chrześcijan w Syrii, ale także dla wielu, wielu muzułmanów, którzy faktycznie są pierwszymi ofiarami fundamentalizmu. Pod względem liczby ofiar śmiertelnych, to oni cierpią najbardziej z rąk swoich współwyznawców „. powiedział o. Dżihad Youssef przedstawicielowi PKWP.

Ojciec Youssef, który jest również mnichem z klasztoru Deir Mar Musa, przypomniał, jak na terenie Qaryatayn ks. Murad stał się punktem odniesienia nie tylko dla chrześcijan, ale także dla społeczności islamskiej w tej okolicy. „Był bardzo szanowani, nawet przez imamów i szejków. W klasztorze Mar Elias, gdzie mieszkał, dał schronienie ponad 50 rodzinom muzułmańskim z ponad 100 dzieciom”. Ksiądz Murad pomagał również rodzinom w odbudowiu zniszczonych domów i dawał im żywność oraz leki z dostaw organizowanych przez PKWP.

Odpowiedzialny za pomoc na Bliskim Wschodzie w organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, ks. Andrzej Halemba, powiedział: „Ks. Jacques zawsze pomagał wszystkim ludziom, zarówno chrześcijanom jak i muzułmanom. Pomagał wszystkim, i nigdy nie stał z boku. Dlaczego taki człowiek został uprowadzony? Widzimy, jak po raz kolejny wojna niszczy najlepszych ludzi. Ks. Jacques jest duchowym przywódcą chrześcijan i muzułmanów. Ludzie z obu religii patrzą na niego i mu ufają „.

Sam ks. Mourad wcześniej pisał do PKWP „Nasza praca w imieniu muzułmanów jest prostym wyrażeniem Kościoła, który jest wezwany do pomocy wszystkim ludziom – czy to biednym czy chorym, przestępcom, grzesznikom i prześladowanym”.

Wraz z ks. Mouradem został porwany jego świecki współpracownik, Boutros Hanna Dekermenjian, armeński chrześcijanin, lat 38, który próbował zapobiec porwaniu. Jak mów o. Youssef , nie ma w chwili obecnej żadnych wiadomości o losie dwóch zakładników lub o tożsamości porywaczy. Ojciec Youssef zaprosił nas wszystkich do zjednoczenia się we wspólnej modlitwie, ponieważ uważa obecną sytuację chrześcijan na Bliskim Wschodzie jako prawdziwą próbę wiary. Jeśli naprawdę kochamy Chrystusa Ukrzyżowanego, to wówczas będziemy gotowi ofiarować siebie dla innych.

PKWP

Tłum. W. Kanpiksyria

Liban: «Libańska solidarność ma swoje granice»

Liban_1Kiedy w 2011 r., w środku nocy pierwsi syryjscy chrześcijanie z Homs zapukali do moich drzwi, to było dla nas jasne, że musimy im pomóc, to nasi bracia i siostry». Archidiecezja aktualnie pomaga 700 chrześcijańskim rodzinom. Bez hojnego wsparcia dobroczyńców PKWP, nie moglibyśmy tego robić.

Wielu syryjskich chrześcijan znalazło schronie w Libanie – To nie jest dla nich łatwe, Pomoc Kościołowi w Potrzebie stale udziela im wsparcia.

Flodia nie czuje się dobrze, młoda dziewczyna leży w łóżku z silnymi bólami brzucha. «Ta cała sytuacja wpływa na mój stan zdrowia. Życie na wygnaniu oznacza życie w stresie, to coś niewyobrażalnego, jeśli się tego nie przeżyło. Ciągły lęk o jutro niszczy każdego, najpierw psychicznie, potem fizycznie». Od 2012 roku mieszka z mężem Georgem i trójką dzieci w Zahle. Zahle to chrześcijańskie miasto w libańskiej dolinie Bekaa, blisko granicy syryjskiej. Wielu syryjskich chrześcijan uciekło do tego miasta, kiedy w 2011 roku w ich kraju rozpoczął się bunt skierowany przeciwko Prezydentowi Assadowi i z czasem stawał się coraz bardziej krwawy. «W Syrii żyło nam się dobrze. Mieszkaliśmy we ładnym domu blisko Homs, ale nie mogliśmy tam zostać widząc jak buntownicy posuwają się naprzód. Straciliśmy wszystko, nie wiemy co się stało z naszym domem», mówi to z goryczą w głosie i wskazuje na okolicę. Rodzina mieszka teraz w nędznym, jednopokojowym mieszkaniu; mieszka tu nas pięcioro, tu gotujemy, jemy i śpimy. Wokół stare meble, dary od miejscowych chrześcijan. «Za ten mały pokoik płacimy 250 dolarów miesięcznie, to dla nas bardzo dużo; za dużo».

Liban_2George, mąż Flodi, pracował w sektorze budowlanym. Teraz też jest chory. Oboje nie mają pracy. Trójka dzieci pomaga utrzymać rodzinę. Flodia opowiada nam ze łzami w oczach: «Oni powinni chodzić do szkoły, nauczyć się zawodu, kontynuować naukę, ale to nie jest możliwe, potrzebujemy pieniędzy. Czy może pan sobie wyobrazić jak się czuje matka, kiedy przyszłość jej dzieci wali się? Czuję się winna». Jednak jej syn, szesnastoletni Eli nie obwinia rodziców, pracuje w magazynie i wykłada towary. «Nasi rodzice wcześniej robili wszystko dla nas, teraz przyszła kolej na nas». Jego trzynastoletni brat pracuje w piekarni. Starszy, siedemnastoletni Roger myje włosy klientom zakładu fryzjerskiego. Nie zarabiają wiele w trójkę. «Moi synowie pracują po dwanaście godzin dziennie i zarabiają maksymalnie 150 dolarów na miesiąc, to jest wyzysk, ale co możemy na to poradzić?». Żeby ich pięcioosobowa rodzina mogła wyjść na plus, potrzebują około 600-700 dolarów miesięcznie. Eli szybko przystosował się do nowej sytuacji. «Opuszczenie domu było okropnym przeżyciem, ale teraz tutaj mam przyjaciół i na szczęście wszyscy żyjemy i jesteśmy z naszymi rodzinami. Jestem za to wdzięczny. Jednak, chciałbym kontynuować naukę». Flodia patrzy na to z innego punktu widzenia: «to oczywiste, że tęsknię za Syrią, ale ile czasu teraz upłynie zanim zagoją się rany wywołane przez wojnę między chrześcijanami, sunnitami, druzami, kurdami, alewitami? Nie chcę wracać, jestem gotowa wyjechać dokądkolwiek».

Rodzina jest wdzięczna za pomoc, którą otrzymuje od Kościoła. Archidiecezja w Zahle pomaga wysiedlonym chrześcijanom od samego początku. «Bez pomocy Kościoła nie dalibyśmy sobie rady», mówi Flodia. Dla Arcybiskupa Issama Darwisha to coś naturalnego. On sam urodził się w Syrii. «Kiedy w 2011 roku, w środku nocy pierwsi syryjscy chrześcijanie z Homs zapukali do moich drzwi, to było dla nas jasne, że musimy im pomóc, to nasi bracia i siostry». Archidiecezja aktualnie pomaga 700 chrześcijańskim rodzinom, udostępniając ubrania, żywność i inne artykuły pierwszej potrzeby. Kościół udziela pomocy również rodzinom muzułmańskim. «Bez hojnego wsparcia dobroczyńców PKWP, nie moglibyśmy tego robić», stwierdza z wdzięcznością Arcybiskup. «Nie jest łatwo otrzymać pomoc dla chrześcijan. Często mieszkają w domach, a nie w namiotach jak większość uchodźców muzułmańskich, przez co nie spełniają wymagań organizacji humanitarnych. Dlatego wiele zależy od nas».

Liban_3Sytuacja uchodźców w Libanie nie będzie ulegać poprawie. Zgodnie z przewidywaniami, jeden na czterech mieszkańców Libanu jest uchodźcą syryjskim. Zgodnie z danymi ONZ jest tam już 1,2 mln uchodźców, ale nie wszyscy są zarejestrowani, dlatego może ich być znacznie więcej. Niektórzy mówią nawet o 2 mln Syryjczyków, którzy znaleźli schronienie w Libanie liczącym 4 miliony mieszkańców. «Solidarność Libańczyków ma swoje granice, powoli traci im się cierpliwość» mówi arcybiskup Darwish. «Znacząco wzrosła przestępczość. Ponadto, Libańczycy odczuwają napływ taniej siły roboczej. Nie ma pracy dla młodych Libańczyków, dlatego wielu decyduje się na emigrację. Jest to poważny ciężar dla tak małego kraju jak Liban. Rząd wydał już rozkaz nie wpuszczania do kraju ani jednego uchodźca więcej».

Kilka rodzin, którymi się zajmował, wróciło już do Syrii, do rejonów, gdzie sytuacja się trochę uspokoiła. «W tym roku mogło wrócić do swoich miasteczek w Syrii około 100 chrześcijańskich rodzin. To dobra wiadomość, ale przy tym wielu też wyemigrowało za granicę, na zachód» – relacjonuje arcybiskup Darwish. «Jednakże, zachęcamy wiernych do pozostania; są ważni dla Bliskiego Wschodu. Poza tym teraz już nie jest łatwo wyemigrować, na przykład do Australii. Jest coraz więcej formalnych trudności». Tym, którzy myślą o emigracji, trzeba dać nadzieję. «Próbujemy znaleźć dla nich pracę, ale przede wszystkim staramy się przekonać, że mają do odegrania ważną rolę na Bliskim Wschodzie. Nie tylko ja o tym mówię, również uczeni muzułmańscy uważają, że chrześcijanie powinni tu pozostać. Bliski Wschód nie będzie już taki sam bez nich». Chrześcijanie łączą różne wyznania. «W moim domu mogą rozmawiać sunnici i szyici. Gdzie indziej ten dialog mógłby mieć miejsce? My chrześcijanie jesteśmy powołani do pojednania zwaśnionych grup».

PKWP/Olivier Maksan

tłum. es-pl: Aneta Piechnik

Nigeria: „Pokładamy wielką nadzieję w prezydencie Muhammadu Buhari”

NigeriaWraz z sukcesami militarnymi, wielu przesiedleńców chce wrócić do swych wiosek i domów, ale ich domy zostały doszczętnie spalone, zwierzęta skradzione, a plony zniszczone. Rozpoczęła się pora deszczowa i nie można rozpocząć uprawy ziemi. Potrzeby są ogromne.

Nigeryjski biskup Oliver Doeme Dash, przemawiając do posłów Parlamentu Europejskiego na prywatnym spotkaniu zorganizowanym przez Pomoc Kościołowi w Potrzebie w środę 27 maja wyraził wdzięczność za ostatnie przeprowadzone pokojowo wybory i nadzieję, że prezydent Muhammadu Buhari zakończy cierpienia ludności północno-wschodniego stanu Maiduguri wywołane przemocą ze strony Boko Haram.

„Wybory, niespodziewanie zostały przeprowadzone w spokojnej atmosferze. Duża frekwencja w lokalach wyborczych była jasnym wskazaniem, że ludzie chcą zmian. Goodluck Jonathan ustępujący prezydent wykazał się w okresie wyborów, które mogłyby destabilizować kraj, zdolnościami przywódczymi przyznając się do porażki, zanim jeszcze ostateczne wyniki zostały oficjalnie ogłoszone. Było to owocem modlitwy” – powiedział biskup Dash.

Oczekiwania wobec nowego kierownictwa są wysokie i najwyższą troską nowego rządu jest zapewnienie bezpieczeństwa. To bezpieczeństwo jest najbardziej potrzebne daleko na północnym wschodzie kraju, gdzie obecność przedstawicieli rządu centralnego jest mało widoczna, a miejscowi muzułmańscy przywódcy, zawiedzeni wyborami prezydenckimi w 2011 roku, kiedy to został wybrany chrześcijanin Goodluck Jonathan, nawiązali kontakty i umożliwili swobodny napływ radykalnej islamskiej grupy Boko Haram. Nowy rząd, nie umiejąc opanować rebelii został uznany za niekompetentny i dlatego też ogłoszono nowe wybory.

Lokalni gubernatorzy, świadomie lub nie, otworzyli puszkę Pandory. „Boko Haram ma jeden cel – islamizację północno-wschodniej lub nawet całej Nigerii. Destabilizacja Nigerii, afrykańskiego kraju, mającego największą liczbę mieszkańców groziłaby nakręceniem spirali religijnej przemocy ze skutkami odczuwanymi przez kraje sąsiadujące, a nawet mającymi wpływ na stabilność całej Afryki. Cel ten, podkreślony przez wierność Boko Haram dla ISIS oraz przez zamiar ustanowienia radykalnego islamskiego kalifatu w Nigerii jest bardzo realny” mówi biskup Doeme Dash.

W ostatnich tygodniach dzięki wspólnemu wysiłkowi nigeryjskich wojsk i Joint Task Force złożonych z żołnierzy z sąsiedniego Kamerunu, Czadu i Nigru zdołano odzyskać wiele utraconych wsi. Tam, gdzie wcześniej bojownicy Boko Haram atakowali i znikali w buszu, przechodząc przez granice armia Nigerii nie była w stanie ich wyśledzić, Joint Task Force zamknęła transgraniczne drogi ewakuacyjne, umożliwiając bardziej skuteczną walkę z rebeliantami. Niedawny sukces przeprowadzonej kampanii przeciwko Boko Haram, ogłoszony w kraju i poza jego granicami wywołuje również pytanie o to, dlaczego dopiero po siedmiu latach przemocy i rozlewu krwi zdołano odnieść sukces w walce z rebeliantami.

Dla cierpiącej ludności Nigerii nadzieję na wyzwolenie od Boko Haram są wielkie. Przemoc pochłonęła ponad 11 000 ofiar, a pół miliona ludzi zostało wysiedlonych. Biskup Doeme Dashe powiedział, że młodzi chłopcy byli siłą wcielani do oddziałów Boko Haram; dziewczęta były zmuszane do konwersji i poślubiania terrorystów, a osoby starsze były skazane na śmierć głodową. Taka sytuacja miała miejsce w każdej wiosce, która wpadła w ich ręce. W diecezji bp. Dashe ponad 70 000 katolików musiało opuścić swe domy ze względu na przemoc. Jeśli ekstrapolować to do większej populacji, oznacza to, że ponad 300 000 ludzi w kraju jest wysiedlonych. Ważne jest również, aby pamiętać, że 99 % ludności zamieszkującej na terenie diecezji to muzułmanie – i najbardziej cierpią ci, którzy nie zgadzają się z Boko Haram.

Biskup Dashe ma nadzieję, że choć walka jest jeszcze długa to nowy prezydent będzie nadal zwalczał Boko Haram. „Większość terrorystów jest nadal w buszu, a lasy Sambisa, główny ośrodek Boko Haram, nie zostały jeszcze opanowane przez siły rządowe. Ale prezydent Buhari jest osobą związaną z wojskiem i może się to wkrótce uda. Mimo, że jest muzułmaninem zaznaczył, że jest prezydentem wszystkich Nigeryjczyków, niezależnie od wyznawanej przez nich wiary”.

Biskup Oliver Doeme Dashe, po poinformowaniu decydentów brukselskich o aktualnej sytuacji przedstawił również obraz zniszczeń jakich doznali ludzie i krajobraz w jego diecezji: „Wraz z sukcesami militarnymi, wielu przesiedleńców chce wrócić do swych wiosek i domów, ale ich domy zostały doszczętnie spalone, zwierzęta skradzione, a plony zniszczone. Rozpoczęła się pora deszczowa i nie można rozpocząć uprawy ziemi. Potrzeby są ogromne. Wojna dotknęła również struktur kościelnych. Ponad 250 obiektów kościelnych zostało zrównanych z ziemią, wśród nich 20 szkół – z których korzystali głównie muzułmanie. Nie mamy nic i potrzebujemy wszystkiego”.

W ciągu 2014 r., Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościołowi w Potrzebie wsparło pracę Kościoła katolickiego w 56 diecezjach Nigerii kwotą ponad miliona euro (1 057 357 euro). Środki te zostały przeznaczone przede wszystkim na projekty budowy, stypendia i kształcenie księży. Ponadto, parafie i klasztory nigeryjskie otrzymały środki na paliwo, transport potrzebny duszpasterstwu, a także na urządzenia do produkcji hostii. Z powodu trudnej sytuacji w diecezji Maiduguri, Pomoc Kościołowi w Potrzebie przekazała w zeszłym roku 45 tys. euro na pomoc uchodźcom.

PKWP

Tłum. W. Knapik

Południowy Sudan: „Wczesnym porankiem nie wiemy, czy dożyjemy wieczora”

Sudan PołudniowySytuacja w Południowym Sudanie coraz bardziej się pogarsza. W związku z tym różne organizacje radzą zakonnikom i zakonnicom, aby opuścili kraj. Jednak nawet pomimo licznych gróźb, pozostają oni przy miejscowej ludności.

Nawet w niedoli, zakonnice miały szczęście. Zaledwie opuściły teren obozu uchodźców, rozległy się strzały i mężczyzna, który im towarzyszył został śmiertelnie trafiony. Habity sióstr pokryły się krwią. Strzały pochodziły od rebeliantów, którzy ukryli się za pobliską skałą. Oswobodzony obóz dla uchodźców znajduje się w Juba, gdzie chroni się 28 tys. rodzin. Zakonnice ze Zgromadzenia Córek Niepokalanej posługują tam czasowo, by pielęgnować chorych i potrzebujących.

Większość sióstr jest młodych – średnia wieku to 28 lat – i niemal wszystkie pochodzą z Indii, miejsca powstania ich wspólnoty zakonnej. Dla wielu z nich to pierwsze spotkanie z karabinami maszynowymi, pojazdami wojskowymi i ogłuszającym hałasem bombardowania. Niektóre z nich już doświadczyły przemocy, między innymi dwudziestotrzyletnia s. Maya, która właśnie prała ubrania, kiedy jacyś mężczyźni weszli do pralni. Lufa od pistoletu została przytknięta do jej podbródka, a na szyi pojawił się nóż. Młoda zakonnica została przywleczona do jadalni, gdzie znajdowały się inne trzy siostry i czytały. W międzyczasie inni napastnicy wtargnęli do domu i wymierzyli w nie swoją broń. „Jeśli któraś z was krzyknie, zabijemy wszystkie” – grozili. Zakonnice zostały zamknięte w strzeżonym przez jednego z rebeliantów pomieszczeniu, podczas gdy pozostali plądrowali dom: w zaledwie 30 minut odwiedzili wszystkie cztery pomieszczenia, kradnąc wszystko, co mogli ze sobą wziąć. To, czego nie mogli – zniszczyli. A potem zwyczajnie zniknęli. S. Vijii mówi: “Myślę, że chcieli nas zastraszyć, chcą bowiem, abyśmy się stąd wyniosły”.

Również o. Albert Amal Raj ze zgromadzenia Misjonarzy Niepokalanej (gałąź męska tego samego zakonu) otrzymał powtarzające się pogróżki. „Kiedy wychodzimy z domu nie wiemy, czy wrócimy wieczorem żywi” mówi indyjski duchowny. Pewnego razu trzydziestu policjantów zatrzymało jego samochód na ulicy i odbezpieczyli swoją broń. Dwóch kapłanów oraz dwie zakonnice musieli wysiąść. Jeden z funkcjonariuszy groził o. Albertowi pistoletem, a następnie uderzył go w twarz. „Myśleli, że nasz pojazd należy do rebeliantów. Wielu sądzi, iż zagraniczne organizacje wspierają rebeliantów i zaopatrują ich w broń oraz żywność. Kiedy policja spostrzegła, iż jestem duchownym, zaczęli mnie przepraszać. Z tego też powodu zawsze noszę duży krucyfiks na piersi, aby widzieli, że jestem kapłanem”.

Misjonarze ci pracują przede wszystkim w strefach bardzo odległych, gdzie bardzo często mogą dotrzeć do ludzi jedynie pieszo. Prowadzą również szkoły i z doświadczenia wiedzą, że dzieci nie znają innej rzeczywistości niż wojenna. „Wiele dzieci bawi się tylko w wojnę. Udają, że noszą broń i strzelają jedni do drugich. Kiedy pytamy naszych uczniów, kim chcą zostać, gdy dorosną, często odpowiadają <Chcemy być policjantami, aby móc strzelać i zabijać>. Nie znają nic poza przemocą, a na oczach wielu z nich zabito ich rodziny. Tutaj życie ludzkie ma małą wartość”. Zakonnicy pragną, by ich uczniowie nauczyli się cenić życie oraz szanować bliźniego, a także aby wzięli na siebie odpowiedzialność za własne życie, społeczeństwo i przyszłość w pokoju.

Zakonnicy pomagają także osobom, które są jeszcze w traumie po ostatniej wojnie, która trwała dłużej niż 22 lata, a która pochłonęła dwa miliony ludzkich istnień oraz pozostawiła wiele milionów osób bez dachu nad głową. Nie da się policzyć tych, którzy uczestniczyli w egzekucjach swoich bliskich: małżonka, dzieci, rodziców czy rodzeństwa. Jedni stracili członków rodziny, wielu zaś straciło wszystko. „Żyją w ciągłym napięciu i strachu, cierpią na problemy psychologiczne i są w silnej traumie. Wielu z nich nie zachowuje się już normalnie, brak im nadziei. Wielu z nich uciekło jedynie z jedną jedyną plastikową torbą i teraz nie mają nic. Inni pytają: <Dlaczego Bóg nas stworzył, po co się narodziliśmy… po to, aby tak bardzo cierpieć?>” mówi nam s. Vijii.

Zakonnice odwiedzają ludzi i dla wielu osób to pierwszy raz, kiedy doświadczają wysłuchania oraz spotykają się z chęcią pomocy. Wówczas zdarzają się małe cuda: „Jedna z kobiet straciła siedmiu członków rodziny, wszyscy zostali zamordowani na jej oczach. Była jakby sparaliżowana i nie rozmawiała z nikim. Zakonnice zajęły się nią i pewnego dnia wybuchła płaczem. Płakała przez wiele godzin i potem zaczęła mówić. Dziś ta sama kobieta pomaga w obozie dla uchodźców. Chodzi od namiotu do namiotu i modli się z ludźmi” relacjonuje indyjska siostra.

S. Vijii nie boi się o siebie, pomimo codziennego odgłosu strzałów i bomb. „Niektóre organizacje radziły nam, abyśmy się stąd wyniosły. Mówią, że sytuacja jest zbyt niebezpieczna, że nie będzie pokoju. Jednak my przybyłyśmy tu, by dzielić cierpienie z ludźmi i dopóki będą tu ludzie, zostaniemy”.

W ostatnich trzech latach “Pomoc Kościołowi w Potrzebie” wsparła prace zakonników i zakonnic w Południowym Sudanie sumą 138.700 euro. Zostały przeznaczone, między innymi, na zakup pojazdu, budowę kościoła i domu parafialnego, pomoc w edukacji 21 młodych zakonników i na projekt „Healing the Healers” (Uzdrowić uzdrawiających), który polega na pomocy, towarzyszeniu i formacji zakonników, którzy wspierają osoby w traumach. Ponadto wniesiony został wkład w ciągłą formację duchową Ojców.

Aktualnie wspieramy budowę domu parafialnego Misjonarzy Niepokalanej w parafii Bar Sharki w diecezji Wau kwotą 80 tys. euro.

PKWP

Tłum. Anna Andrzejewska

Syria: „Powstrzymajcie te okrucieństwa”

Pozwólcie mi stanąć wśród tych licznych rodzin w Aleppo, które pogrążone są w żałobie. Przez tę barbarzyńską wojnę stracili ukochanych ojców, matki, braci, siostry i umiłowane dzieci

Zdaniem biskupa diecezji znajdującej się w epicentrum konfliktu istnieje pilna potrzeba interwencji Zachodu w celu „powstrzymania okrucieństwa”, do którego dochodzi w Syrii i Iraku. W swoim dramatycznym apelu wystosowanym do katolickiej organizacji charytatywnej Pomoc Kościołowi w Potrzebie melchicki greckokatolicki arcybiskup Jean-Clement Jeanbart opisał, jak jego arcybiskupstwo w Aleppo – ostrzelane z moździerzy już ponad 20 razy – po raz kolejny stanęło w ogniu.

Abp Jeanbart, pisząc dzień po ataku, poinformował, że nikt nie został ranny w ostatnim bombardowaniu, które miało miejsce po wcześniejszych, powtarzających się od dwóch lat wybuchach, a które zniszczyły już pięć z dwunastu melchickich kościołów w mieście. Stwierdził on, że: „ISIS, odpowiedzialne za śmierć tysięcy ludzi w regionie, przeraża wiernych w Aleppo”.

„Zaatakowano już Maloula, Mosul, Idleb i Palmyrę. Do czego jeszcze musi dojść, aby Zachód zdecydował się interweniować?”

„Na co czekają te wielkie narody, zanim postanowią powstrzymać te okrucieństwa?”

„Niech wszyscy ci, którzy wierzą w… Boga i ci, którzy mają współczucie dla tych niewinnych podniosą głos i razem z nami wzywają cywilizowane kraje do podjęcia działań w celu doprowadzenia do pokoju”.

Aleppo było świadkiem jednej z najgorszych walk w całym konflikcie, który wybuchł w 2011r. w następstwie Arabskiej Wiosny między siłami lojalnymi wobec syryjskiego prezydenta Baszara al-Assada a grupami rebeliantów walczącymi o władzę. W wyniku walki znaczna część miasta zamieniła się w gruzowisko. W ostatnich tygodniach agresja wzrosła, ponieważ rząd nasilił bombardowania Aleppo jako odpowiedź na ofensywne działania rebeliantów.

Ogromna liczba ludzi wszystkich wyznań ucieka z regionu. Jak wynika z zeszłomiesięcznego sprawozdania chaldejskiego biskupa Antoine Audo, liczba chrześcijan w Aleppo zmniejszyła się z 250 tys. do mniej niż 100 tys. W swoim liście arcybiskup pisze: „Mam ochotę płakać z moimi braćmi, zniewalanymi i mordowanymi…”

„Pozwólcie mi stanąć wśród tych licznych rodzin w Aleppo, które pogrążone są w żałobie. Przez tę barbarzyńską wojnę stracili ukochanych ojców, matki, braci, siostry i umiłowane dzieci”.

Podkreślił on też wielką traumę przeżywaną przez ludzi, którzy w wyniku konfliktu zostali pozbawieni domów i środków do życia. Jak pisze: „Brak poczucia bezpieczeństwa ich dobija, napełnia smutkiem, każdego dnia wzbudza coraz większy lęk”.

I dodaje: „Nie zabraniajcie mi być rozgoryczonym, kiedy pocieszam niezliczoną liczbę rodziców, którzy czują się upokorzeni, bo nie mogą zapewnić swoim dzieciom podstawowych artykułów pierwszej potrzeby niezbędnych do ochrony ich godności i umożliwiających im zdrowy rozwój”.

Powyższe słowa abpa Jeanbart dochodzą do nas na miesiąc po tym, jak odbył on podróż do USA, podczas której ostrzegł, że jego Kościół wymiera; i zaapelował do chrześcijan i reszty Zachodu o udzielenie pomocy w trybie pilnym.

Katolicka organizacja charytatywna Pomoc Kościołowi w Potrzebie, która gościła abpa Jeanbarta w USA, stale zapewnia pomoc finansową chrześcijanom i innym żyjącym w Syrii, Iraku, Libanie i innych krajach Bliskiego Wschodu, a także prowadzi działalność duszpasterską jako wsparcie samego Kościoła.

Od końca 2011 roku PKWP dostarczyło 12 mln euro)na pomoc Kościołowi w Syrii i Iraku.

PKWP

Tłum. Paulina Ślaska