Egipt: Koptyjski patriarcha odwołuje publiczne audiencje z obawy przed przemocą

Koptyjski patryjarcha Tawadros II, odwołał po raz trzeci tygodniowe publiczne spotkanie modlitewne i katechezy, które prowadził w każdą środę po południu w koptyjskiej katedrze w Kairze.

W ogłoszeniu odwołania spotkań Główny Sekretarz Rady Kościołów w Egipcie (Council of Churches in Egypt) ojciec Bishoy Helmy usprawiedliwił zawieszenie spotkań Patryjarchy w związku z trudną sytuacją, z jaką kraj się zmaga. Dotyczy ona obalenia rządów prezydenta Mursi’ego i rozpoczęcia procesu tworzenia nowego rządu pod ochroną wojska.

„Od 30 czerwca”- wyjaśnia agencji prasowej koptyjski biskup katolicki diecezji Minya Botros Fahim Awad Hanna „patriarcha Tawadros unika publicznych spotkań z wiernymi nie dlatego, że boi się o własne życie, ale ponieważ nie chce, aby przychodzący na publiczną modlitwę wierni nie stali się ofiarami jakiś głupców, którzy rzucą w nich kilka ładunków wybuchowych. Obecnie istnieją takie osoby, które przypisują chrześcijanom odpowiedzialność za powstanie 30 czerwca”.

Według źródeł egipskich obecny minister spraw wewnętrznych otrzymał rozkaz zwiększenia ochrony patryjarchy Tawadrosa i naczelnego imana Al-Azhar Ahmed al. Tayyeb. Zarówno partyjarcha jak i imam pojawili się 3 lipca przy generale Abdel Fattah al-Sisi, kiedy to naczelny wódz wojska egipskiego przedstawił plan obalenia islamistycznego prezydenta Mursi’ego.

W wyniku starć pomiędzy chrześcijanami a zwolennikami Bractwa Muzułmańskiego i Salafitami, które nastąpiły po aresztowaniu zdymisjonowanego prezydenta, zginęło 6 Koptów. Rząd tymczasowy ogłosił we wtorek 16 lipca bieżącego roku, że 3 z pośród 33 ministrów w rządzie stanowią Koptowie. Są to: minister środowiska Laila Rashed Iskandar, minister ds. turystyki Fakhry Abdel Nour i minister ds. rozwoju nauki Ramsi George.

Tłumaczenie z j.ang. na j.pol.: mgr Marcin Rak

Coptic World

Sudan Południowy: ludzie cierpią z powodu ataków rebeliantów; „Obecność wojskowa nie jest rozwiązaniem”

Politycy powinni robić więcej, aby rozpocząć pokojowy dialog. Edward Hiiboro Kussala, biskup diecezji Tambura-Yambio w Sudanie Południowym wyraził taki pogląd w trakcie rozmowy z przedstawicielami Pomoc Kościołowi w Potrzebie.

W jego diecezji, która znajduje się w regionie przygranicznym, ludność nadal cierpi z powodu ataków rebeliantów, w szczególności grupy o nazwie Lord’s Resistance Army (LRA), której obozy znajdują się w Ugandzie i Demokratycznej Republice Konga. „Porywają dzieci, palą domy i zabijają ludzi. Z tego powodu wiele mieszkańców tych przygranicznych terenów ucieka do miast. W mojej diecezji przebywa wielu wewnętrznych uchodźców”.

LRA, która powstała w Ugandzie w 1987 r. pod przewodnictwem Josepha Kony została zmuszona w ostatnich latach do opuszczenia terytorium Ugandy, i dlatego obecnie działa głównie w obszarach przygranicznych Południowego Sudanu, Demokratycznej Republiki Konga i Republiki Środkowoafrykańskiej.

W celu poprawy sytuacji w zakresie bezpieczeństwa na tych obszarach stacjonują i prowadzą swoje operacje wojskowe żołnierze Ugandy, Sudanu Południowego, armii amerykańskiej oraz sił Unii Afrykańskiej. Według bp. Kussala ta obecność wojskowa nie jest rozwiązaniem. Co więcej, społeczność międzynarodowa nie ma woli, aby aresztować Josepha Kony, przywódcę Lord’s Resistance Army.

„Politycy wierzą w wojsko, ale na razie wszystkie ich działania są bezskuteczne,” mówi bp. Kussala. „Kościół ma ważną rolę do odegrania w procesie pokojowym, ponieważ edukuje ludzi do pokoju i pojednania i stanowi „lobby” na rzecz pokoju. Często działa kanałami dyplomatycznymi w sprawie zachowania pokoju”.

Południowy Sudan, którego większość mieszkańców jest chrześcijanami lub animistami, stał się niezależny od głównie islamskiej północnej części kraju w dniu 9 lipca 2011 roku. W latach 1983 -2005 na tym terenie toczyła się krwawa wojna domowa, która pochłonęła ponad 2 miliony istnień ludzkich i pozbawiła domu wiele milionów ludzi, którzy w ten sposób stali się bezdomnymi.

PKWP (tł. W Knapik)

Orissa: Zbiorowy gwałt na zakonnicy

28 letnia zakonnica została porwana i zbiorowo zgwałcona przez grupę mężczyzn w Bamunigam, region Kandhamal w stanie Orissa.

Jej gehenna trwała od 5 do 11 lipca, ale sprawa ujrzała światło dzienne dopiero dzisiaj. „Sprawcy tego czynu muszą natychmiast zostać pociągnięci do wymiaru sprawiedliwości. To, co się stało jest hańbą”- powiedział arcybiskup Cuttack- Bhubaneshwar John Barwa SVD, który potępił porwanie zakonnicy.

Zakonnica pochodząca z Kandhamal obecnie mieszka w Chennai (Tamil Nadu), gdzie odbywa studia w koledżu. Według zeznań policji jakieś dwa tygodnie temu otrzymała telefon od kobiety, od której dowiedziała się że jej matka jest ciężko chora. 5 lipca udała się pociągiem do Bamunigam, gdzie jej dwaj kuzyni i jacyś przyjaciele czekali na stacji aby zabrać ją do domu. Zamiast zawieść zakonnicę do rodzinnej wioski Minapanka mężczyźni zabrali ją do jakiegoś nieznanego miejsca. Tam zakonnica była przez nich zbiorowo gwałcona przez tydzień. 11 lipca napastnicy wypuścili zakonnicę na stacji w Berhampur grożąc aby nikomu nie mówiła o całym zdarzeniu. Ofiara gwałtu dostała się do swojej rodzinnej wioski, gdzie 13 lipca zgłosiła całą sprawę na policji.

Policja aresztowała jej kuzyna: Jotindra Sobhasundar i jego przyjaciela Tukuna Sobhasundear’a. Pozostali napastnicy nadal pozostają na wolności.

Zakonnica otrzymała pomoc medyczną a jutro jej przełożona ją odwiedzi.

Według brata ofiary cała sprawa miała miejsce z „rodzinnych powodów”. Zeszłego roku jego wujek został zamordowany przez bojówki maoistyczne, a jego dzieci (kuzyni zakonnicy) oskarżyli jej rodzinę o udział w tym morderstwie.

AsiaNews

Tłumaczenie z j.ang. na j.pol.: mgr Marcin Rak

Muzułmanie zaatakowali w Hamburgu. Z ulicy słychać okrzyk „Allah Akbar”

Hamburg jest kolejnym europejskim miastem, w którym muzułmańska młodzież wywołała zamieszki. Podczas walk z policją spłonęło wiele samochodów i zniszczonych zostało dziesiątki budynków. Z ulicy nie schodził okrzyk „Allah Akbar”.

Najbardziej aktywnych było około 150 młodych osób, z których 16 zostało zatrzymanych. Do tłumienia zamieszek policja nie użyła broni palnej, lecz ograniczyła się jedynie do gazu pieprzowego i pałek. Młodzi muzułmanie obrzucali ich kamieniami.

W ostatnią noc zamieszek zgromadziło się już tylko ok. 80 osób. – Sytuacja stała się bardzo spokojna – twierdził rzecznik policji w Hamburgu w niedzielę. Media – w większości liberalno-lewicowe – o wydarzeniach w Hamburgu milczały jak zaklęte.

Nikt z władz nie mówi o ewentualnej odpowiedzialności muzułmanów za poniesione straty materialne. Zarówno policja, jak i władze cieszą się, że wszystko wróciło do normy.

Fronda.pl

Egipt: „Niestety, sytuacja przejściowa nie będzie zbyt łagodna”

Bliski Wschód. Wywiad z Oliverem Maksanem przeprowadzony przez Marię Lozano.

Panie Maksan, wrócił Pan wczoraj z długiej podróży w Egipcie. Jaka była sytuacja, gdy Pan tam przybył?

Przyleciałem 28 czerwca. Tego dnia w całym kraju rozpoczęły się już liczne manifestacje przeciwko Mursiemu. Opłakiwano już także pierwsze ofiary. Na przykład młody Amerykanin został zamordowany w Aleksandrii. Stany Zjednoczone ewakuowały swój personel dyplomatyczny. Loty z Kairu do Europy i do Stanów były, jak się wydaje, zapełnione. Wszystko to nie zwiastowało nic dobrego na nadchodzący koniec tygodnia.

W niedzielę 30 czerwca upłynął rok, jak Prezydent Mursi objął władzę.

Zgadza się. Podobno zebrano 22 miliony podpisów osób domagających się dymisji Mursiego. Oczekiwano olbrzymich demonstracji. Obawiano się okrucieństw i rozruchów. ja mieszkałem u sióstr katolickich, niedaleko Placu Tahrir. Siostry były bardzo zatroskane, ale także nastawione optymistycznie w związku z przypuszczalnym odejściem Mursiego. Takie było również zdanie wielu osób w Kairze: «Bractwo Muzułmańskie to wąż na łonie tego kraju», powiedziała mi pewna kobieta. Wieczorem po swoim przybyciu poszedłem na Plac Tahrir. Wszyscy nerwowo oczekiwali, co miał przynieść koniec tygodnia

Agresja, jakiej się obawiano, nastąpiła 30 czerwca?

W rzeczywistości, nie. Wbrew wszelkim oczekiwaniom dzień, na jaki wszyscy czekali z niepokojem, przebiegł spokojnie. Tamtego dnia byłem obecny przy dwóch manifestacjach, jednej zwolenników, a drugiej przeciwników Mursiego. Wszystko wszędzie przebiegało spokojnie. Panował klimat prawdziwego święta ludowego. Podczas swojej manifestacji Bractwo Muzułmańskie próbowało w widoczny sposób wyjaśnić własną opinię cudzoziemcom z Zachodu: ich Prezydent został wybrany legalnie i nie miał zamiaru podać się do dymisji. Jednak wielu z nich miało też w ręku metalowe sztangi czy drewniane kije. Twierdzili, że po to, aby się bronić. Jeden z nich powiedział mi: « Będziemy bronić naszego Prezydenta własnym życiem». W tym czasie na Placu Tahrir ludzie nadal domagali się dymisji Mursiego.

Przymierze anty-Mursi „Tamarod” wywarło następnie presję na Prezydencie grożąc sparaliżowaniem kraju nieposłuszeństwem cywilnym.

Dokładnie tak. W poniedziałek 1 lipca także Wojsko połączyło się z nim i postawiło ultimatum: jeśli wola ludu nie zostanie spełniona przez 48 godzin, wojsko znajdzie rozwiązanie. Było to ogłoszenie zamachu stanu. Radość w obozie przeciwników Mursiego była tym większa w poniedziałek wieczorem. Już wiedziano, że Mursi został pokonany. Na Placu Tahrir wystrzelono fajerwerki. Samochody jeździły trąbiąc ulicami miasta. Na Placu Tahrir pojawiły się rodziny z dziećmi. To było jak po zwycięstwie na meczu piłkarskim.

Niestety, potem sytuacja się zmieniła. Kiedy atmosfera się pogorszyła? Po ultimatum we środę?

Tak, ale z opóźnieniem. Ultimatum kończyło się w środę około 16:30 i można było wszędzie odczuć napięcie. Najpierw jednak nic się nie działo. Później, około 19:00 wydarzenia następowały jedno po drugim. Wojsko rozmieszczało się we wszystkich strategicznych punktach miasta. Generał Al-Sisi, dowódca wojska, ogłosił, że wieczorem pojawi się deklaracja w telewizji publicznej. Około 21:00, w chwili, gdy podał do wiadomości złożenie z urzędu Mursiego i objęcie rządu przez władzę przejściową, zapanowała nieopisana radość, która nie malała w ciągu kolejnych godzin. Święto trwało długo po północy. Chrześcijanie także domagali się stanowczo dymisji Mursiego. Natomiast ze strony braci muzułmanów panowało oszołomienie. Niektórzy fanatyczni islamiści szybko oskarżyli Koptów, że to oni są winni i podłożyli owego wieczoru zbrodniczy ogień pod katolicki kościół w Minya, w południowej części Kairu.

Dlaczego przypisują winę szczególnie Koptom?

Bo wówczas nie oskarża się muzułmanów. Poza tym, Koptów można łatwo zastraszyć jako grupę, są stosunkowo nieliczni, zaledwie jakieś 10% ludności to chrześcijanie. Dodatkowo ta logika kozła ofiarnego wzmacnia wewnętrzną spójność islamistów. Dla przykładu, znaczący członek Bractwa Muzułmańskiego, Safwat Al-Hegazy, wielokrotnie groził Koptom, że popłynie krew, jeśli opowiedzą się za złożeniem z urzędu Prezydenta.

Pomimo radości z ustąpienia Mursiego nie dały się słyszeć głosy pełne niepokoju?

Ogólnie atmosfera w ubiegłym tygodniu była bardzo optymistyczna. Odejście Mursiego od władzy odbyło się w dużej części w ciszy. Wojsko sprzymierzyło przeciwko niemu nie tylko lewicę, liberałów i chrześcijan, ale też Uniwersytet Al-Azhar, a nawet partię salafitów AlNour. Podczas ogłoszenia złożenia Mursiego z urzędu koptyjski papież Tawadros II ukazał się w telewizji u boku Wielkiego Szejka z Al-Azhar.

A chrześcijanie ? Czy nie byli zaniepokojeni ? Jako mniejszość, są szczególnie podatni na ataki.

Obawiali się aktów przemocy ze strony islamistów. Jednak ogólnie chrześcijanie odczuwali entuzjazm i ulgę. Przesłanie brzmiało: na nowo stanowią część Egiptu. Za rządów Mursiego czuli się wykluczeni. Rozmawiałem w piątek z katolickim patriarchą Koptów katolickich Ibrahimem. Uważa on, że problemy polityczne i ekonomiczne są duże, ale możliwe do rozwiązania.

Ten optymizm rozwiał się od poniedziałku rano? Przecież przynajmniej 51 osób zostało zabitych w Kairze w czasie starć pomiędzy zwolennikami Mursiego i wojskiem. Niektórzy mówią o masakrze.

W poniedziałek rano śledziłem z bliska to starcie. Można było zobaczyć zwolenników Mursiego we krwi. W oddali rozlegały się wystrzały. To spowodowało oburzenie na całym świecie. Odtąd strach wzrósł w całym kraju. Zwłaszcza chrześcijanie czują się zagrożeni. «Jesteśmy łatwym celem», słychać bez przerwy. Ponadto żal budzą straty w ludziach, jak też błędy polityczne. Salafici wycofali się z przejściowego przymierza. Wielki Szejk rozmyśla nad zawieszeniem swojego udziału. To wszystko odejmuje dużą część wiarygodności okresu przejściowego wobec muzułmanów. Dla Bractwa Muzułmańskiego stało się odtąd łatwiejsze ogłosić złożenie z urzędu Mursiego jako zamach stanu dawnych sił reżimu Mubaraka.

Gdzie są teraz przeciwnicy Mursiego? Mówi się tylko o wojsku.

W Kairze wytrwale utrzymują się w dzielnicy Nasr City, niedaleko meczetu Rabaa. Założyli tam swój obóz. Jednak starcia w poniedziałek rano miały miejsce gdzie indziej. Przeciętny mieszkaniec Kairu niezbyt orientuje się w przebiegu sytuacji, miasto jest ogromne.

Media mówią o wojnie cywilnej. Czy według Pana jest to przesada?

Trzeba być ostrożnym w używaniu wyrażeń tak ekstremalnych. Kraj jest oczywiście podzielony, nawet coraz bardziej. Niewątpliwie od poniedziałku nastąpił wzrost napięcia. Co więcej, Bractwo Muzułmańskie i islamiści mają solidnych zwolenników, którzy stanowią przynajmniej 25% wyborców. Pozostają więc silnym elementem politycznym. Z drugiej strony, odrzucenie Mursiego przekroczyło obozy, a linia podziału nie przebiegała jedynie między świeckimi a islamistami. Widziałem na Placu Tahrir całkowicie zawoalowane kobiety, które były przeciwko Mursiemu, bo prowadził złą politykę. Mimo to wyczuwa się tendencję do agresji. Ponadto broń jest w zasięgu ręki. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby doszło do wojny cywilnej jak w Syrii. Po prostu wojsko i policja są zbyt silne. Ale jest prawdopodobieństwo, że nastąpią częste wybuchy przemocy. Ataki terrorystyczne ze strony grup dżihadystów też nie są wykluczone. Niestety, sytuacja przejściowa nie odbędzie się cicho. W najgorszym przypadku istnieje groźba scenariusza jak w Algierii w latach 1990, gdy islamiści pozbawieni władzy przeszli do zbrojnego oporu. W najlepszym przypadku Bractwo Muzułmańskie odnajdzie drogę ugody politycznej.

press@acn-intl.org

(tł. s. A. Duda)