Irak: Arcybiskup Bashar kieruje apel do polityków o współpracę

Po serii zorganizowanych ataków w centrum Bagdadu, J.E. Bashar Matti Warda, arcybiskup Erbil, zwrócił się do ekipy rządzącej kraju z apelem o ścisłą współpracę.

W wywiadzie udzielonym międzynarodowej dobroczynnej organizacji katolickiej „Pomoc Kościołowi w Potrzebie” arcybiskup, przebywający obecnie w Bagdadzie, stwierdził: „W perspektywie wyborów przewidzianych w dwóch irackich prowincjach napięcie polityczne pomiędzy partiami ogromnie wzrosło przez ostatnie miesiące. Raz jeszcze płacą za to najubożsi. Prawie 200 osób zostało zabitych lub rannych w czasie ostatnich zamachów” i dodał: „Kierowca szkolnego autobusu, chrześcijanin, też został ranny. Na szczęście, właśnie odwiózł dzieci do szkoły zanim przejechał przez miejsce jednego z przygotowanych zamachów”.

Według hierarchy, owa nowa fala okrucieństwa stworzy wśród chrześcijan jeszcze więcej zamieszania. „Niestabilność wykazuje, że wiele spraw nie toczy się tak, jak powinny. W ciągu ostatnich tygodni czuliśmy się mniej więcej bezpieczni. To, co dzieje się teraz, jest całkowitym szokiem. Politycy powinni bardziej zatroszczyć się o bezpieczeństwo w kraju”. Arcybiskup sądzi, że korzenie ostatniej fali przerażenia sięgają napięć politycznych, a nie religijnych, chociaż istnieją grupy chcące poróżnić między sobą wspólnoty religijne.

Jako perspektywę na przyszłość J.E. Warda podkreślił: « Miejmy nadzieję, że ostatni wybuch agresji spowoduje, że politycy podejdą do swojej odpowiedzialności na serio. Zbliża się Wielki Tydzień i my wzywamy wszystkich chrześcijan tutaj, jak i wszędzie, by modlić się i by składać dary na rzecz tych, którzy ucierpieli z powodu agresji, na rzecz prostych ludzi, którzy wszystko stracili”.

PKWP (tł. s. A. Duda)

Syria: „To nie są liczby, to są ludzie”

Liban ugina się pod ciężarem syryjskich uchodźców – Kościół katolicki pomaga chrześcijanom i muzułmanom.

Według danych, opublikowanych przez ONZ ds. uchodźców (UNHCR), pod koniec lutego było oficjalnie 305 000 syryjskich uchodźców, którzy zarejestrowali się w Libanie lub pragną się tam zarejestrować. W rzeczywistości ta liczba jest prawdopodobnie znacznie wyższa. Maronicki ksiądz Simon Faddoul jest o tym przekonany. Ks. Faddoul jest dyrektorem Caritas Liban i koordynuje pomoc kościelną dla uchodźców. W rozmowie z przedstawicielem Pomoc Kościołowi w Potrzebie powiedział: „Każdego dnia około 1 000 uchodźców przekracza niekontrolowaną granicę Libanu. Dlatego też liczba syryjskich uchodźców w Libanie prawdopodobnie wynosi więcej niż 500 000″. Jednocześnie ks. Faddoul dodaje, że „to nie są liczby, ale ludzie, którzy często okrutnie cierpią. Około 55.000 osób uzyskało od nas opiekę i pomoc, i są to zarówno chrześcijanie jak i muzułmanie. Rozpoczęliśmy udzielanie tej pomocy i opieki od razu po rozpoczęciu kryzysu w marcu 2011 roku. Największa grupa uchodźców to robotnicy syryjscy, których przed wybuchem działań wojennych było już w Libanie około 300 000. Dlatego nie zostali oni zakwalifikowani przez ONZ jako uchodźcy. W wielu przypadkach sprowadzili oni tutaj również swoje rodziny z Syrii”. Ks. Faddoul nie widzi kresu konfliktu i tym samym końca napływu uchodźców w najbliższej przyszłości. Jest on szczególnie zaniepokojony tym, co przyniesie przyszłość. „Obecnie w samej Syrii jest już ponad cztery miliony uchodźców, którzy musieli uciekać do bezpiecznych obszarów kraju, zanim rozpoczęły się walki. Gdy wojna ogarnie Damaszek, wówczas 2,5 mln mieszkańców tego miasta przyjedzie do nas. Liban jest odległy tylko o pół godziny jazdy samochodem od stolicy Syrii. Należy zwrócić również uwagę na fakt, że samych Libańczyków jest cztery miliony. Z powodu dużej liczby potrzebujących Caritasowi w Libanie brakuje już środków finansowych. Nie możemy pomniejszać projektów pomocy, jakie przygotowaliśmy dla ubogich Libańczyków. To byłoby niesprawiedliwe. Jednak poza tym nie mamy prawie żadnych zasobów. Nasi partnerzy z Zachodu również nie odpowiadają pozytywnie na wszystkie nasze prośby. Poza tym Europa również spotyka się z kryzysem”. Dyrektor Caritasu bardzo podziękował darczyńcom PKWP za ich wsparcie. „Najbardziej istotną pomoc otrzymują chrześcijańscy mieszkańcy miejscowości ​​Rableh niedaleko granicy libańskiej. W lipcu 2012 r. mieszkało tam około 12.000 osób.

„Darczyńcy PKWP pomagają nam zapewnić żywność i leki dla ludzi tam mieszkających, szczególnie dla dzieci. Każdego tygodnia przyjeżdża do Rableh ciężarówka pełna zaopatrzenia. Miejscowość ta jest przedmiotem nieustannej walki między wojskami rządowymi i rebeliantami”. Na prośbę patriarchy maronickiego Pomoc Kościołowi w Potrzebie przekazała doraźne wsparcie w wysokości 50 000 euro. (Materialne wsparcie potrzebne dla udzielania pomocy chrześcijanom w wiosce Rableh cały czas realizuje polskie biuro PKWP w ramach projektu Apel o pomoc dla Syrii .)

Dyrektor libańskiego Caritas, ks. Faddoul zachęca uchodźców do rejestrowania się w placówkach ONZ z powodu trudnej sytuacji finansowej Caritasu. „To dałoby im prawo do otrzymania bezpłatnej opieki zdrowotnej i byłoby dla nas ulgą. Do tej pory jednak tylko 25 % uchodźców tak zrobiło”. Przyczyną tego jest powszechny strach, głównie wśród chrześcijan, że zarejestrowanie się w Komisji Praw Człowieka ONZ, która utożsamia się z Zachodem, może stać się powszechnie znane i mogłoby im zaszkodzić po powrocie do Syrii.

Melchicki arcybiskup Zahleh, Issam John Darwish, widzi inne trudności. W rozmowie z przedstawicielem PKWP podkreślił: „Podzielam pogląd uchodźców w stosunku do ONZ. Oni wielokrotnie zwracali uwagę na problemy. Do tej pory nie było biura UNHCR w Zahleh. Uchodźcy musieli odbyć długą i kosztowną podróż, aby się zarejestrować. A po rejestracji muszą czekać co najmniej pięć miesięcy na otrzymanie wsparcia”. Według arcybiskupa Darwish, Caritas w Zahleh opiekuje się obecnie 600 chrześcijańskimi i 400 muzułmańskimi rodzinami. Koszt utrzymania pięcioosobowej rodziny wynosi około 940 dolarów miesięcznie. Wsparcie udzielane jest w formie voucherów. PKWP przekazała arcybiskupowi kwotę w wysokości 50 000 euro.

Ponieważ dolina Bekaa z miejscowością Zahleh położona jest w pobliżu granicy z Syrią, szczególnie duża liczba uchodźców przybyła w pierwszej kolejności na te tereny; większość z nich znalazła schronienie u krewnych lub wynajęła mieszkanie. Dlatego gwałtownie wzrosły czynsze za wynajem. Niemała liczba uchodźców mieszka w namiotach, które są ustawione w pobliżu osiedli. W przeciwieństwie do Jordanii i Turcji, Liban nie posiada żadnych dużych obozów dla uchodźców. Libański rząd zakazał ich budowy. Ze względu na złe doświadczenia historyczne z palestyńskimi uchodźcami w latach 1948 i 1967, postrzeganymi jako ci, którzy wywołali wojnę domową w Libanie, intencją rządu jest, aby zapobiec rozwojowi potencjalnych źródeł przemocy. Simon Attalah, maronicki arcybiskup Baalbek na równinie Bekaa, obawia się jednak destabilizującego potencjału tkwiącego w niekontrolowanych masach uchodźców.

Powiedział on w rozmowie z PKWP w swojej oficjalnej rezydencji w Deir al-Ahmar: „Większość uchodźców to sunnici. W chwili obecnej nie ma żadnych napięć w północnej części równiny Bekaa, która jest zdominowana przez szyicki Hezbollah. Ale ludzie myślą o przyszłości”. Arcybiskup widzi obecne trudności głównie na poziomie lokalnym: „Nasza infrastruktura nie jest dostosowana do przyjęcia tak wielu ludzi. W Deir al-Ahmar mamy około 20 agregatów prądotwórczych, ale ponieważ uchodźcy chcą być od razu podłączeni do sieci elektroenergetycznej, dlatego nie wystarcza prądu, a generatory ulegają awarii. Ich naprawa zajmuje dużo czasu. To wywołuje zdenerwowanie u wielu ludzi. To samo ma miejsce w odniesieniu do zaopatrzenia w wodę. Wielu uchodźców zabiera wodę miejscowej ludności. To również powoduje napięcia. I nie należy zapominać, że Syria zajęła i okupowała Liban przez trzydzieści lat. Wielu Libańczyków nie zapomniało o tym”.

Arcybiskup Attalah obawia się również, że uchodźcy będą przenosić swoje wewnętrzne problemy polityczne do Libanu. Oprócz tego, jak mówi arcybiskup, miejscowa ludność po prostu czuje się zagrożona, ponieważ uchodźcy przynieśli ze sobą również wiele broni. Nie wiadomo, co oni z nią zrobią”.

PKWP / Oliver Maksan

(tł. W. Knapik)

Indie: dziesiątki hinduskich fundamentalistów zaatakowało wspólnotę chrześcijańską

Dziesiątki hinduistycznych fundamentalistów zaatakowało wspólnotę zielonoświątkową w Karnataka, gdy ta przygotowywała się do nocnego czuwania modlitewnego.

Osiem osób, w tym pastor, zostało rannych i wymagało hospitalizacji. Dzięki pomocy Wszechindyjskiej Rady Chrześcijan (GCIC), na miejsce przyjechała policja i szybko aresztowała 16 napastników.

Incydent ten miał miejsce w miejscowości Moodubelle niedaleko Udupi. Trzydziestu działaczy hinduskiego ruchu nacjonalistycznego Rashtriya Sawayamsevak Sangh (RSS) i Bajrang Dal dokonało napadu na dom wielebnego Roberta Lobo, pastora World of Victory Ministries, gdzie odbywało się nocne czuwanie. Fundamentaliści oskarżyli uczestników spotkania modlitewnego o prowadzenie przymusowych nawróceń i pobili wszystkich obecnych w tym budynku. Pastor, Ramesh Poojari, doznał poważnych obrażeń głowy i został przewieziony do szpitala w Manipal Udupi. Kolejnych siedem osób, pięciu mężczyzn – Ramesh, Prem, Suraj, Shantharam i Janardhan – i dwie kobiety – Sujatha i Shakisala – zostali przyjęci do stanowego szpitala Ajarakadu.

GCIC skontaktowała się z policją w Shirva która zapewniła, że chrześcijanie doczekają się sprawiedliwości. „Te ataki – jak mówi Sajan George, przewodniczący GCIC przedstawicielowi AsiaNews – jest szóstym antychrześcijańskim atakiem w Karnataka od początku 2013 roku i nie wróży dobrze dla wolności wyznania w Indiach. Wrogość i nietolerancja religijna nadal wzrastają i są przyczyną poważnego zagrożenie dla bezbronnej mniejszości chrześcijańskiej. Chrześcijanie zgromadzili się na nocnym czuwaniu, co jest całkowicie legalne. Wolność wyznania jest konstytucyjnym prawem, ale ekstremiści hinduscy są politycznie chronieni przez Bharatiya Janata Party w Karnataka (BJP, ultra-nacjonalistyczna hinduska partia) i są zachęcani do prześladowania społeczności chrześcijańskiej, zwłaszcza zielonoświątkowców”.

AsiaNews (tł. W. Knapik)

Z wizytą u nowego patriarchy chaldejskiego Louisa Raphaëla I Sako

Kościół chaldejski otrzymał nowego patriarchę, którym został wybrany i zatwierdzony przez papieża Benedykta XVI biskup Luis Sako.

Obecny patriarcha gościł w Polsce w roku 2010 w czasie obchodów Dnia Solidarności z Kościołem Prześladowanym, który poświęcony był wówczas sytuacji chrześcijan w Iraku.

W trakcie uroczystości przyjęcia posługi, które odbyły się 6 marca br., nowy patriarcha podkreślił, iż Irak jest miejscem dla wszystkich, zarówno dla chrześcijan jak i muzułmanów. Ukazał również ogromną potrzebę dialogu pomiędzy wyznawcami Chrystusa i Islamu.

Na uroczystość intronizacji nowego patriarchy został zaproszony ks. dr Waldemar Cisło, dyrektor Polskiej Sekcji Pomoc Kościołowi w Potrzebie. W rozmowie patriarcha Louis Raphaël I Sako podziękował papieskiemu stowarzyszeniu Pomoc Kościołowi w Potrzebie i wszystkim Polakom za modlitwę oraz wsparcie materialne, jakie zostało udzielone Kościołowi w Iraku z okazji Dnia Solidarności z Kościołem Prześladowanym. Patriarcha wyraził również chęć ponownego przyjazdu do Polski, aby osobiście podziękować za modlitwę i wsparcie, które trwa do dnia dzisiejszego.

Maroko: „Muzułmanie darzą dużym szacunkiem nasze siostry”

Oliver Maksan: Wizyta w kościele pogrążonym w modlitwie

Kontemplacyjny klasztor klauzurowy w środku islamskiego kraju? Siostra Maria Virtudes już zna to pytanie: „Często jestem pytana przez inne siostry z Europy, jaki jest sens budowy klasztoru karmelickiego w kraju w 99% islamskim „, mówi i zarazem śmieje się. Młoda hiszpanka od trzech lat jest członkiem klasztoru karmelitanek w Tangerze. Wcześniej mieszkała w klasztorze u karmelitów, który został utworzony przez Jana Pawła II. „W zasadzie dziwią mnie te pytania. Modlitwa nie zna żadnych granic. A jeśli sama nasza obecność tutaj daje naszym muzułmańskich przyjaciołom jakieś świadectwo, to tym lepiej „.

Siedem zakonnic to siostry, które w 1934 roku założyły klasztor Świętej Rodziny i Świętej Teresy w portowym mieście na północy Maroka. Żyją one w dużym odosobnieniu. Wśród nich jest jedna karmelitanka z Liberii. W lipcu ubiegłego roku dołączyły do wspólnoty klasztornej trzy nowe siostry z klasztorów z Hiszpanii i Włoch. Arcybiskup sam powitał je w porcie. Wcześniej, jeszcze w czasach, gdy Tanger był pod hiszpańskim protektoratem, mieszkało tu aż dwadzieścia sióstr, pochodzących głównie z Andaluzji. „One nie potrzebują mieć żadnego posagu, aby zostać tu przyjętymi” mówi siostra Maria Isabella, która mieszka tu od czterdziestu lat, modli się oraz kieruje wspólnotą jako matka przełożona. Przyjazna, silna kobieta. Życie poświęcone modlitwie i ciszy daje im promienność i jednocześnie coś, co jest mocno związane z tym miejscem i ziemią. W kaplicy, w sercu domu, w którym siostry uczestniczą we Mszy św. za kratami, siostra przełożona opowiada o duchowej misji swojej współnoty: „Naszą misją jest pokój. Modlimy się o pokój w Maroku i Hiszpanii oraz o rozprzestrzenianie się Królestwa Bożego. „

Wraz z tymi ważnymi intencjami siostry mają również trochę zmartwień z życia codziennego. Sam klasztor jest w dobrym stanie materialnym. Wiekszości sióstr stwarza kłopot jakim jest kaprys architekta: całkowicie bezużyteczne są schody i stopnie rozmieszczone w całym domu. „Mała winda uczyniłaby życie tutaj dużo łatwiejszym”, twierdzi siostra przełożona, którą również dręczy ten problem. Papieskie Stowarzyszenie Pomoc Kościółowi w Potrzebie obiecało pomóc.

Na pytanie, czy trudno jest żyć w kontemplacyjnym zakonie w islamskim kraju, siedemdziesięcioletnia Hiszpanka potrząsa głową zaprzeczając. „Nasi islamscy sąsiedzi mają duży szacunek do naszych sióstr. Cisza i samotność są bardzo cenione przez muzułmanów „. Siostra Maria Virtudes, najmłodsza z sióstr, kiwa głową.” Tak, nie mamy problemów z naszymi muzułmańskimi sąsiadami. Wręcz przeciwnie. W trakcie miesiąca Ramadan po zachodzie słońca, nawet przynoszą nam jedzenie „.

Dobre stosunki pomiędzy siostrami a ich islamskimi sąsiadami wydają się istnieć nie tylko w Tangerze. Nawet klaryski z Casablanki świadczą o dobrym sąsiedzkim pożyciu z muzułmanami. W roku 1989 pięć sióstr przybyło do ożywionego miasta z milionem mieszkanców położonego nad oceanem Atlantyckim. Dziewięć sióstr z Meksyku tworzy obecnie wspólnotę klasztorną p.w. Matki Bożej z Guadalupe. „Święty Franciszek przyszedł do Maroka, aby spotkać się z Saracenami. Dlaczego i dziś nie mają tego uczynić siostry? ” mówi siostra Manuela. Zaraża dobrym humorem. „Z jedną czwartą osób jesteśmy w naprawdę życzliwych stosunkach. Zostałyśmy nawet zaproszone na jedzenie kuskusu. Marokańczycy są bardzo wierzącymi ludźmi, którzy szukają drogi do Boga. „Raz mały chłopiec zapukał do drzwi. Chciał zobaczyć Jezusa. „Najpierw nie bardzo wiedziałam, co zrobić. Potem zaprowadziłam go do kaplicy i powiedziałam mu, że Jezus mieszka w tabernakulum. Chłopiec był pod wrażeniem i został tam naprawdę długo.”

Kiedyś przyszedł do niej muzułmanin i powiedział: „Teraz rozumiem wasze powołanie. Jesteście jak Maryja pośród ciszy”. To bardzo mi zaimponowało. Trzeba wiedzieć, że Maryja w Koranie odgrywa bardzo ważną rolę. Siostra Maria potwierdza:” Kapłani i zakonnicy budzą duży respekt u Marokańczyków. Uważają ich za mężczyzn i kobiety Boga. Wielu z nich chodziło do szkół katolickich. Wiedzą zatem, że mamy o nich dobre zdanie.”

Jednakże istnieją pewne granice. Gdy siostry idą do miasta, chowają krzyż, który wisi na ich różańcach. „Zawsze znajdzie się ktoś, kto czuje się w ten sposób sprowokowany” , mówi siostra Manuela. Czuje się ona jednak dobrze w islamskim mieście z milionem mieszkańców. „Kiedy pierwszy raz stanęłam na naszym tarasie i rozejrzałam się wokoło, wiedziałam, że tu jest mój dom. Biskupowi, który zapytał mnie, dlaczego chcę się udać do Maroka, odpowiedziałam, że szukam religijnej przygody. Tutaj ją znalazłam.”

PKWP (tł. Bojda J.)